Mój ostatni wyjazd na zawody do Norwegii, oprócz doświadczenia jakie tam zdobyłem, przyniósł zupełnie nieoczekiwane efekty. Takiego obrotu spraw w moim łowieckim życiu zupełnie się nie spodziewałem. Ale od początku...

Będąc w roku 2017 członkiem Kadry Narodowej oraz jako dwukrotny reprezentant Polski na zawodach w Danii i Norwegii, przyszło mi się zetknąć z bardzo różnymi warunkami, w jakich musiałem walczyć o punkty dla biało-czerwonych. Odbywało się to z różnym skutkiem i prawdę mówiąc zawsze czegoś mi brakowało. Mam tu na myśli oczywiście sprzęt. W Danii oprócz cennych belon, które z trudem złowiłem moim nowym, próżniowym pneumatykiem, całą resztę punktów zebrałem za pomocą prymitywnej hawajki. Ciekawe doświadczenie i w mojej ocenie dobry wybór, dostosowany do specyficznych warunków, w jakich przyszło nam rozgrywać duńskie zawody. W Norwegii było jednak zupełnie inaczej. Jako wieloletni zwolennik i konstruktor kusz pneumatycznych nie byłem w pełni gotowy na warunki, jakie zaoferowała mi Norwegia. Widoczność przekraczająca 12 metrów (poniżej 5 metrów) i polowanie w prądach wymagało bardzo silnej i długiej kuszy. Teoretycznie takową posiadam. Moja metrowa, próżniowa Harpia zastępowała mi na śródlądziu każdą długą kuszę gumową, oferując celny i mocny strzał na odległość do 6 metrów. Niestety w Norwegii zapas mocy musiał być zdecydowanie większy. Z uznaniem patrzyłem na filmy Maćka J., na których trafiał ze swojego rollera firmy Beuchat w kilkukilogramowe dorsze z odległości 7 metrów, posiadając jeszcze całkiem spory zapas mocy, a sam strzał był szybki i niezwykle dynamiczny. Niestety, o ile wykonanie bardzo długiego pneumatyka, obsługującego 140 cm strzałę nie sprawiłoby mi żadnego problemu, o tyle jego załadowanie przy moim standardowym wzroście byłoby już dla mnie bardzo trudne lub wręcz niewykonalne (bez dodatkowych przyrządów). A przecież nie o to chodzi w łowiectwie podwodnym, a tym bardziej we współzawodnictwie, gdzie sprzęt musi być niezawodny i możliwie jak najmniej kłopotliwy w obsłudze. Patrzyłem zatem z podziwem na moich kolegów strzelających z długich rollerów, ale widząc poranioną od ładowania klatkę piersiową Jacka M., coraz usilniej szukałem sposobu, jak by tu uciec od gumówki i przełamać barierę długości pneumatyka, wynikającą z konieczności jego naładowania. O siłowaniu się ze strzałą podczas ładowania takiej długiej rury już nawet nie wspomnę ;-).

Przyznam się Wam jeszcze przy okazji, że pewnego dnia podczas pobytu w Norwegii zabrałem na trening mojego Omera E.T. 105. Zaprawiwszy go dwiema gumami fi 16 i dając sobie tym samym szansę na powrót do gumówek, popłynąłem w morze. Efektem tego eksperymentu były: rozcięta warga, słabe strzały i problemy z celowaniem. Wargę rozcięło mi wsparcie ładowania od silnego odrzutu podczas wystrzału na zgiętej w łokciu ręce. Musiałem skrócić dystans do przepływającego blisko mnie rdzawca. Dostał, ale ja też. Z tą różnicą, że ja po zębach. W efekcie musiałem podpłynąć do skał i walcząc z silnymi, spienionymi falami ocenić „straty”. Po sprawdzeniu głębokości rany stwierdziłem, że rozcięcie nie kwalifikuje się do szycia i postanowiłem kontynuować trening, pomimo szczypiącej w słonej wodzie rany i niewielkiej, sączącej się ze spuchniętej szczeliny strużki krwi. Na szczęście w Norwegii nie ma rekinów (tych lubiących ludzkie przekąski). Słabe strzały natomiast wynikły z mojego nieprzystosowania do ładowania gumówek. Kolega Jacek D. po fachowych oględzinach mojego nowego sprzętu od razu stwierdził, że kusza przy takiej długości gum nie będzie miała wystarczającej mocy. Niestety krótszych gum na tym etapie kontaktu z gumówką nie byłem w stanie za każdym razem sprawnie naciągnąć. Musiałem się zatem zgodzić na kompromis słabszego strzału w zamian za możliwość w miarę bezproblemowego ładowania kuszy. Problemy z niecelnością natomiast wynikły z totalnego braku obycia z kuszami gumowymi. To zupełnie dwa inne światy. Miałem tego świadomość, a jednocześnie musiałem znaleźć na to jakiś sposób w przyszłości. Niekoniecznie pod postacią małżeństwa z gumówką ;-).

Na szczęście pomimo wszystkich przeszkód, po 2 godzinnym treningu wyszedłem z wody z 5 rybami. Były to 3 rdzawce i 2 dorsze. Całość ważyła ok. 10 kg. Niestety największy rdzawiec (ok. 4-5 kg) zdołał mi uciec. Nie nadążyłem za nim kuszą, by oddać celny strzał. Z pneumatyka bym go bez problemów trafił. Pojawił się pode mną na stromej ścianie schodzącej do ok. 20 metrów. Kolejny argument przeciwko długiej gumówce (pomyślałem). I to był mój pierwszy i ostatni kontakt z gumówką w Norwegii. Wniosek nasuwał się tylko jeden. Na zawody lepiej wziąć sprzęt o mniejszym zasięgu ale taki, z którego zawsze trafiam i który zapewnia mi nieprzeciętną manewrowość, niż na siłę stosować się do przyjętego standardu, który zwyczajnie mi nie pasuje. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Na zawodach w pierwszym dniu strzeliłem 6 ryb, a w drugim 9, z czego punktowanych było podobnie jak w poprzednim dniu 6 sztuk. Wynik ten uplasowałby mnie na 9 pozycji, ale niestety w wyniku sprzecznych informacji wynikających z regulaminu oraz mojego „niedosłyszenia”, w pierwszym dniu zawodów zostałem zdyskwalifikowany. Szkoda, ale każde zawody to inna specyfika oraz zwyczaje. W drugim dniu przypłynąłem już na czas, choć w pierwszym też, z tą różnicą, że mój czas był inny od tego, który przyjął organizator.

Wracając jednak do tematu kusz …

Zaraz po przyjeździe z zawodów zacząłem intensywnie przeszukiwać internet, zwracając szczególną uwagę na kusze pneumatyczne, które zapewniają nieprzeciętnie dużą moc i nie wymagają siłowania się podczas ładowania, co jest jednoznaczne z możliwością zastosowania dowolnie długiej strzały i stworzenia dowolnie długiej kuszy. To by były parametry niespotykane nawet w gumówkach. Czy teoretycznie można wykonać np. 3 metrową kuszę i ją naładować siłą własnych mięśni? Takie teoretyczne rozważania cały czas kłębiły się w mojej głowie. Poszukiwania nie trwały jednak długo. Okazało się, że istnieją kusze mogące w całości spełnić moje wymagania. Określane są potocznie jako hydropneumatyki.

Kusze hydropneumatyczne to kusze, w których czynnikiem bezpośrednio wypychającym strzałę jest woda. Nie wymagają tłoka w lufie, a jego rolę spełnia uszczelniona na końcu strzała. W kuszy hydropneumatycznej właściwe sprężanie (odpowiednik wpychania strzały do lufy) następuje w wyniku wpompowania do niej wody, za pomocą specjalnej, zwykle zintegrowanej z kuszą pompki. Wtłaczana do kuszy woda naciska na specjalny tłok osadzony na lufie. Im więcej wtłoczymy wody do kuszy, tym dalej cofnie się tłok i z tym większą siłą będzie oddziaływał na wtłoczoną do kuszy wodę. W momencie strzału wtłoczona i znajdująca się pod wysokim ciśnieniem woda wypycha strzałę z dużą siłą i w całości opuszcza kuszę. Cykl zostaje zakończony i aby ponownie oddać strzał należy do kuszy włożyć strzałkę i ponownie napompować ją wodą. W takim układzie łowca cały czas musi znajdować się w wodzie. Ładowanie strzały jest bezoporowe, a wykonanie kilkunastu ruchów pompką nie nastręcza żadnych problemów. Kusza może być dowolnie długa, a sam wystrzał jest nieporównywalnie silniejszy, niż w klasycznym pneumatyku, bo ciśnienie w takiej konstrukcji może być znacznie wyższe z uwagi na brak konieczności ładowania strzały z oporem równym sile wystrzału (konstrukcje klasyczne).

W trakcie poszukiwań konstrukcji spełniającej moje wymagania dość szybko złapałem trop i zacząłem wnikliwie analizować poszczególne rozwiązania. Okazało się, że nie ma ich zbyt wiele do wyboru. Ostatecznie za celowe uznałem 3 konstrukcje, ale to w zupełności wystarczyło, bym mógł poważnie pomyśleć o wejściu w posiadanie takiego sprzętu. Najważniejsze było poznanie zasady działania takiej kuszy. Niestety z założenia są one bardzo skomplikowane w budowie, ale perspektywa bezoporowego załadowania strzałki o długości 150 cm i oddania strzału na odległość 10 metrów nieustannie rozgrzewała moją wyobraźnię i wzmacniała postanowienie – muszę taką mieć!

Oczywiście jak każdy, na początku standardowo pomyślałem o zakupie takiej kuszy. W tym przypadku procedura była tylko jedna. Takie konstrukcje dostępne są wyłącznie za naszą wschodnią granicą. Postanowiłem zatem wysłać zapytanie do jednego z konstruktorów i producentów tego typu sprzętu, a znalazłem ich zaledwie dwóch. Niestety zaraz po wysłaniu maila dostałem zwrotkę, że adres nie istnieje. Strona jest stara i nie wiadomo nawet, czy konstruktor jeszcze żyje. Próbowałem znaleźć go na inne sposoby, ale niestety z zerowym skutkiem. Do drugiego konstruktora już nie pisałem bo uznałem, że wykonał jedynie działający prototyp i nie będzie zainteresowany wykonaniem kolejnego. Poza tym miałem już własną koncepcję na taki sprzęt. Zarzuciłem zatem chęć kupna i postanowiłem taką kuszę zaprojektować oraz wykonać we własnym zakresie.

Decyzja zatem zapadła, a ja niniejszym chciałbym Was poinformować, że kilka dni temu rozpocząłem prace projektowe nad stworzeniem w pełni funkcjonalnej kuszy hydropneumatycznej, której nadałem nazwę BELONA. Wg głównych założeń konstrukcyjnych ma to być kusza do polowań w morzach i oceanach na ryby pelagiczne – tuńczyki, marliny, koryfeny, wahoo oraz wszystkie inne ryby, które aby je upolować wymagały do tej pory bardzo długich gumówek z czterema i więcej naciągami. W wersji lżejszej ma to być bardzo długi pneumatyk o bezproblemowym ładowaniu i zapewniający celny strzał na dystansie do 10 metrów, z przeznaczeniem do polowań w morzu, np. w Norwegii. Jego cechą nadrzędną ma być możliwość płynnej regulacji siły wystrzału, gdyby warunki polowania tego wymagały. Podczas tegorocznych zawodów w Norwegii dorsze kryły się w gęstych roślinach, a strzał zawsze kończył się stępieniem lub skrzywieniem czubka strzały. Ustawienie kuszy na słaby strzał, z możliwością szybkiej i łatwej zmiany tego parametru, byłoby w opisywanym przypadku nieocenione, a możliwość regulacji w bardzo szerokim zakresie biłaby na głowę wszelkie inne konstrukcje – zarówno gumowe, jak i klasyczne pneumatyczne.

Projekt podzieliłem zatem na dwa etapy, wynikiem czego mają powstać dwa różniące się parametrami i budową egzemplarze testowe.

Pierwszą konstrukcję oprę standardowo o rękojeść Omera. W drugiej konstrukcji rękojeść będzie musiała być zupełnie oddzielona od zbiornika ciśnieniowego. Kusze w opcji na ryby pelagiczne mają pracować na ciśnieniu 50 atm i wyższym, czego klasyczne rękojeści uzyskiwane metodą wtrysku mogłyby na dłuższą metę nie wytrzymać.

Poniżej w skrócie przedstawiam Wam główne założenia konstrukcyjne pierwszego prototypu:

BELONA BALTIC
  1. Kusza będzie bazowała na rękojeści Omer Tempest.
  2. Zbiornik ciśnieniowy wykonany z rury aluminiowej 2 mm, lufa z rury nierdzewnej, bezszwowej.
  3. Pompa wody zintegrowana z kuszą lub rozłączana za pomocą szybkozłączki, zamontowana z tyłu kuszy.
  4. Długość kuszy – 130 cm, długość strzały do 150 cm, średnica strzały 6,5 mm lub 7 mm.
  5. Odciążenie kuszy za pomocą pianki neoprenowej lub pływaków ze styroduru.
  6. Kusza ma być mocniejszym odpowiednikiem dostępnych na rynku rollerów.
oraz drugiego prototypu:

BELONA ATLANTIC
  1. Kusza będzie posiadała nową, specjalnie zaprojektowaną rękojeść.
  2. Rękojeść będzie umieszczona w dowolnej części łoża w celu skrócenia odcinka manewrowego kuszy. Bardzo istotny parametr podczas polowania na szybko pływające ryby.
  3. Zbiornik ciśnieniowy wykonany z rury nierdzewnej bezszwowej 1-2 mm, lufa wykonana także z rury nierdzewnej, bezszwowej.
  4. Pompa wody zintegrowana z kuszą, zamontowana w zbiorniku ciśnieniowym.
  5. Długość kuszy – 160 cm lub więcej, długość strzały 180 cm lub więcej, średnica strzały 9 mm lub 10 mm.
  6. Odciążenie kuszy za pomocą drewna teak-owego w formie specjalnej obudowy.
  7. Kusza ma być mocniejszym odpowiednikiem wielonaciągowych kusz drewnianych, przeznaczonych do polowań na tuńczyki.
Podsumowując ...

Machina już ruszyła i uwieńczeniem rozpoczętych prac na pewno będzie jakiś hydropneumatyk. A jaki - efekt końcowy ocenicie już sami. Na dodatek, dosłownie przed chwilką dowiedziałem się, że możliwe, iż udam się jeszcze w tym roku na jakiś czas do Norwegii. Będzie zatem gdzie testować moje nowe konstrukcje, o czym z pewnością dowiecie się z licznych filmów, które mam zamiar w trakcie testów „wyprodukować”. Tyle na tą chwilę. Mam nadzieję, że informacja o nowym projekcie urozmaici Wam nieco czas wakacyjnego odpoczynku i będzie impulsem do zadawania pytań oraz wymiany spostrzeżeń po pierwszych testach zapowiadanych prototypów. Jak zawsze jestem otwarty na wszelkie propozycje i pomysły. Kusze robię z myślą o potrzebach własnych, a w zasadzie z konieczności. Coraz częściej myślę bowiem o upolowaniu tuńczyka i tym samym niniejszy projekt idealnie wpisuje się w moje zapotrzebowanie. Upolowanie tak wymagającej ryby własnoręcznie wykonanym sprzętem będzie dla mnie spełnieniem marzeń (tych łowieckich). A jeśli dodatkowo będzie to sprzęt inny, niż powszechnie uznany za właściwy, to czegóż chcieć więcej?
 
Do zobaczenia nad wodą.
Krzysztof Cybulski
GŁÓWNI PARTNERZY
PARTNERZY 2017
PATRONATY MEDIALNE 2017
ZAPRZYJAŹNIONE STRONY

Foto migawki

19fp.jpg